Jak Ty jako psycholog definiujesz odwagę? Czym ona jest dla Ciebie w kontekście doświadczeń pracy z osobami śmiertelnie chorymi bądź przeżywającymi żałobę?
W psychologii spotkamy bardzo różne podejścia do odwagi np. psychologia pozytywna traktuje ją jako tzw. cnotę, siłę charakteru i definiuje jako zdolność do osiągania celów mimo doświadczenia oporu w postaci lęku, wstydu lub presji społecznej. Inaczej podchodzą do tego egzystencjaliści widząc w odwadze jedną z fundamentalnych wartości, która charakteryzuje się gotowością, by stawić czoła lękowi i niepewności istnienia, aby żyć autentycznie i twórczo. Natomiast dla mnie odwaga jest postawą życiową, która przejawia się zarówno w podejmowanych działaniach, w przyznawaniu się do błędów i słabości oraz śmiałym wyrażaniu swoich opinii. Uważam, że nie ma większej odwagi, niż zdecydowanie, że uporczywa terapia jest dokładaniem cierpienia komuś kogo kochamy i pozwolenie, żeby umarł w spokoju i jak największym komforcie. Następuje wtedy przesunięcie z lęku przed stratą na miłość do tej osoby i wybranie tego, co jest najlepsze dla niej.
Kolejne pytanie może wydać się banalne, jednak uważam, że warto się z nim zmierzyć. Dlaczego w codziennym życiu, na różnych jego etapach i obszarach często nie potrafimy zdobyć się na odwagę (tzw. odwagę cywilną)?
Mamy różne mechanizmy które chronią kruchą konstrukcję ego. Dla wielu osób przyznanie się do błędu jest równoznaczne z byciem kimś gorszym, z pokazaniem słabości, dlatego brną w kłamstwo aby „zachować twarz”. Zabawne jest, że gdy prawda wyjdzie na jaw, to wówczas tracą zaufanie społeczne, gdyby się przyznali od razu, mogłoby to zostać docenione. Dzieci bardzo boją się kary, często wolą zrzucić winę na brata lub kolegę, aby tylko uniknąć dyskomfortu. Nie wszyscy wyrastają z tych dziecięcych przyzwyczajeń. Niektóre osoby wkładają maski perfekcjonizmu tylko w pewnych dziedzinach życia i wtedy będą bronić tego wizerunku za wszelką cenę. Może to być maska doskonałej matki, szefa, pracownika itd.
Czy rodzimy się „odważni”, czy odwaga „rodzi się” w nas z biegiem dorastania, socjalizacji, kolejnych doświadczeń życiowych? Czy można ją w sobie wytrenować, wzmacniać?
Właściwie zarówno rodzimy się odważni lub lękliwi, co jeszcze może zostać wzmocnione lub osłabione w wyniku zabiegów wychowawczych rodziców, jak i rozwijamy odwagę w treningu jaki funduje nam życie. Mamy pewne predyspozycje na starcie, można już to zaobserwować wśród dzieci, gdy bawią się na placu zabaw. Jedne chętnie, śmiało próbują nowych aktywności, zaczepiają kolegów a czasem nawet dorosłych, inne stoją z boku i są zachęcane przez rodziców do podejmowania prób. Dodatkowo postawy rodziców mogą zarówno hamować odwagę dziecka albo pomagać mu coraz lepiej radzić sobie z trudnościami. Jednak w ciągu całego życia mamy okazję do budowania odwagi. Każde wyjście ze strefy komfortu, podjęcie działań pomimo lęku, buduje mięśnie naszej wewnętrznej siły.

Czy obecny sposób wychowania dzieci, wspiera ich odwagę? Czy wychowujemy odważne społeczeństwo?
Nastąpiło ogromne przesunięcie w kierunku ochrony dziecka pod każdym względem. Nakłada się na rodziców ogromną odpowiedzialność, większą niż kiedyś, za bezpieczeństwo dzieci. Dużo później uczy się je samodzielności, chroni nadmiernie przed trudnościami i stresami. To skutkuje coraz mniejszą odpornością psychiczną młodzieży. Nie gloryfikuję przeszłości, wtedy z kolei zbyt dużo niebezpieczeństw czyhało na dzieci, brak było przepisów chroniących je. Jednak teraz szala w kierunku zabezpieczenia ich poszła aż za daleko i społeczeństwo staje się bardzo wygodne. CHRONIENIE DZIECI PRZED LĘKIEM NIE UCZY ICH ODWAGI
Co mogłabyś powiedzieć osobom, które w codziennym życiu pragną być odważne lecz z jakiegoś powodu nie potrafią zdobyć się na to (np. w konfrontacjach z rodziną, napięć w miejscu pracy, szkole) i cierpią z tego powodu? Obwiniają się później boleśnie o brak asertywności, sprawczości postrzegając to jako porażkę.
Oczywiście pierwsze co mi przychodzi do głowy, to zaproszenie do korzystania z pomocy psychologicznej lub psychoterapeutycznej bo każda historia jest inna i przyczyny lęku też. Namawiałabym do stawiania małych kroków, do poszerzania swoich kompetencji dzięki kursom czy książkom. Dla mnie największymi bohaterami są ci, którzy pomimo wysokiego poziomu lęku walczą o siebie, uczą się stawiania granic i krok po kroku zdobywają więcej pewności siebie.
Bycie „odważnym” w różnych sytuacjach społecznych (proszę nie mylić tego z arogancją i bezmyślnością) kojarzy mi się mocno z wychodzeniem ze strefy komfortu, przełamywaniem znanych i bezpiecznych schematów postępowania. Czy uważasz, że taka postawa zawsze przynosi nam korzyści?
Pięknie się to łączy z poprzednim pytaniem. Jak mówiłam małe kroki są najlepsze, poszerzanie strefy komfortu a nie wyskakiwanie z niej. Znam przypadki osób, które pod wpływem nacisku grupy podjęły się zadania, odniosły porażkę i jeszcze bardziej podniosły swój poziom lęku. Wtedy już nigdy nie próbowały opuścić bezpiecznych rejonów i pozostały w izolacji. Dobrze jest przygotować się do przełamania schematów, rozważyć konsekwencje, zdobyć potrzebne zasoby.
Kiedy w Twoim odczuciu psychologa człowiek przestaje być odważny, a podejmuje działania, które są zwykłą brawurą mogącą prowadzić do destrukcji? Czy można wskazać jakieś uniwersalne sygnały ostrzegawcze łamania takiej granicy?
Uważam, że lęk bywa naszym sprzymierzeńcem, wyznacza granice. Ciało przez napięcia, daje znać czy jesteśmy na coś gotowi. Warto nauczyć się słuchać sygnałów pochodzących z ciała. Nie ma jednak uniwersalnych znaków, bo różnimy się poziomem odporności psychicznej oraz potrzebą doznań. Osoby, które uwielbiają sporty ekstremalne, narażają swoje zdrowie i życie. Znamy nazwiska śmiałków, którzy zginęli podczas swoich działań, pozostawiając rodzinę w żałobie. Z drugiej strony ich potrzeba doznań jest tak głęboka, że rezygnacja z tego byłaby bolesna.

W czasie głębokiego kryzysu, gdy bezradnie patrzymy na nadchodzące zmiany, boimy się np. tragicznych skutków choroby potrafimy odważnie przysięgać, że jeżeli zagrożenie minie to już zawsze będziemy żyli bardziej świadomie, pełni autorefleksji, czerpali z życia pełnymi garściami. A jednak chwilę później kotwiczymy naszą łódź w bezpiecznej przystani zapominając o snutych odważnie planach i zobowiązanych wobec świata i samych siebie. Dlaczego tak się dzieje? Jakie uruchamiamy mechanizmy, aby naszą odwagę zmian obezwładnić?
Nawet bardzo nie musimy się starać, mechanizmy hamowania przed zmianą, są potężne i błyskawicznie się włączają. Odwaga to działanie, wysiłek, podejmowanie wyzwań. Łatwo się z tego wygadać, włożyć ciepłe kapcie i odpalić Netflix. Zazwyczaj wystarczy jedna sugestii umysłu, ze jeszcze jest czas, że to głupota, że lepszy wróbel w garści i już z powrotem lądujemy na kanapie.
Na co dzień pracujesz z osobami przeżywającymi żałobę. Często są to młodzi ludzie, którzy mają małe doświadczenie życiowe. Myśl o odwadze, gdy umiera człowiek jest jedną z ostatnich jaka się objawia, gdy żywe są trwoga, niezrozumienie, tęsknota, smutek, złość i żal. Co w tym kontekście możesz powiedzieć o tej emocji? Jakie ma (może mieć) wówczas znaczenie w prowadzonej przez Ciebie terapii?
Największą odwagą jest samo zgłoszenie się do eMOCji i decyzja, „chcę o tym rozmawiać, zmierzyć się z bólem a nie ciągle uciekać”. Oczywiście mogą być inne formy świadomego zaakceptowania straty, bez naszego wsparcia, ale kluczem jest konfrontacja z bólem, próby poskładania życia, które rozpadło się na kawałki. Jednak chcę wyraźnie powiedzieć, że mocno wspieram tych, którzy obecnie wybierają mechanizmy obronne, bo nie mają jeszcze siły zmierzyć się z cierpieniem, ważne aby łagodnie ze sobą postępować, nie poganiać, nie wymuszać na sobie odwagi. Przypomniała mi się jedna z uczestniczek stacjonarnej grupy wsparcia, która w wyniku żałoby postanowiła być spontaniczna, podejmować decyzje szybciej, nie planować. Mnóstwo było w tym odwagi! Inspirowała swoim zachowaniem innych. W prowadzonych przeze mnie sesjach zawsze staram się znaleźć zasoby, mocne strony wszystko, co jest wspierające. Łagodnie zachęcam do odwagi, poszukiwania nowych dróg i nowego sensu. Pośpiech nie byłby tu wskazany.
Z psycholog Małgorzatą Szwemin rozmawiał Marcin Żukowski.