Rozmowa z psychologiem Adrianem Michalczukiem o Jego osobistym kryzysie.
Co jednak, gdy na granicy wytrzymałości staje psycholog, czyli człowiek, który zawodowo pomaga innym radzić sobie z kryzysami? Czy świadomość mechanizmów chroni przed własnym załamaniem? A może właśnie wtedy iluzja kontroli pęka najmocniej? O momencie, w którym „dam radę” zamienia się w „muszę się zatrzymać”, z Adrianem Michalczukiem rozmawia Elwira Liegman.
Wywiad jest także zaproszeniem do udziału w Festiwalu „Transformacje”, którego współorganizatorem jest Holistyczne Centrum Wsparcia po Stracie eMOCja – wydarzeniu pomyślanym jako przestrzeń realnego zatrzymania i wewnętrznej pracy. To przestrzeń zarówno dla osób, które czują, że są o krok od wyczerpania, jak i dla tych, którzy na co dzień funkcjonują bez zarzutu. Są skuteczni, odpowiedzialni, świetnie zorganizowani, lecz w ciszy własnego wnętrza wiedzą, że ta kontrola kosztuje ich znacznie więcej, niż chcą przyznać.
Adrian, jesteś psychologiem. Czy moment kryzysu Cię zaskoczył? A może, jako ekspertowi, wydawało Ci się, że Ciebie ten temat po prostu nie dotyczy?
Zaskoczył mnie całkowicie! Żyłem w przekonaniu, że jeśli jestem zaangażowany, autentyczny i daję z siebie sto procent, to mogę wpłynąć na każdą sytuację. Wierzyłem, że moje dobre intencje i chęć wsparcia wystarczą, by zażegnać każdy problem. Kryzys brutalnie obnażył tę iluzję. Pokazał mi z pełną mocą, że nie mam – i tak naprawdę nigdy nie miałem – kontroli nad życiem i procesami innych ludzi. Niezależnie od tego, jak bardzo się staram i ile serca w coś wkładam, nie jestem w stanie wręczyć nikomu gotowego „poczucia bezpieczeństwa”.
Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś: „Stop, już tak dalej się nie da”?
Dla mnie tym punktem zwrotnym był lipiec 2025 roku. To moment, w którym moje ciało ostatecznie odebrało głos głowie. Zaczęły się silne reakcje somatyczne i emocjonalne flashbacki, które dosłownie wyrywały mnie z „tu i teraz”, wrzucając w najtrudniejsze stany napięcia. Serce biło na alarm, a przeciążenie układu nerwowego stało się wręcz fizycznie bolesne. Głowa wciąż próbowała racjonalizować, wpadając w obsesyjne analizy i szukanie rozwiązań, ale ciało krzyczało: dość.
To wymusiło na mnie ostre hamowanie. Sięgnąłem po to, co uziemia: spacery po lesie, psychoterapię, wsparcie męskich kręgów i pracę z ciałem poprzez jogę kundalini. Dotarło do mnie, że to nie jest chwilowy spadek formy. To był wyraźny sygnał, że sytuacja, w której się znalazłem, wykracza poza moje siły.
Dziś często mówimy o poczuciu pustki. Czym ona dla Ciebie jest?
Zazwyczaj panicznie boimy się pustki. Traktujemy ją jak czarną dziurę, którą trzeba natychmiast zasypać – kolejnym zadaniem, pomaganiem innym, nowym projektem. Uciekamy w pracoholizm, używki czy seks, byle tylko zagłuszyć dyskomfort i odciąć się od samych siebie.
A dla mnie pustka to cisza, która zapada po wielkiej burzy. To niezwykle cenna przestrzeń na to, by wreszcie nawiązać głęboki kontakt ze sobą – oczywiście pod warunkiem, że odważymy się w niej zostać, a nie przed nią uciec. W tej przestrzeni opadają emocje i znikają oczekiwania innych. I choć na początku bywa cholernie niewygodnie, to właśnie w tej pustce można wreszcie usłyszeć swój własny, niczym niezagłuszony głos.
Co w bólu egzystencjalnym uderza najmocniej? Utrata sensu, kontroli, a może iluzji, że w ogóle ją mamy?
Utrata iluzji boli bardzo. Ten moment, gdy uświadamiasz sobie, że Twoje szczere chęci i pełne oddanie wcale nie gwarantują, że ktoś przyjmie Cię z taką samą otwartością. Trudno jest przełknąć to, że nasza pomoc rozbija się o czyjeś granice, których nie potrafimy – i nie powinniśmy – forsować.
Boli też pożegnanie z potencjałem. Z wizją tego, jak pięknie mogłoby być, gdyby okoliczności lub gotowość po obu stronach były inne. Ale najdotkliwiej uderza utrata sensu i ciągłości znaczenia. Sens to nasz napęd do życia; to on rozpala pasję i miłość. Kiedy ten wspólny mianownik znika, nagle uświadamiamy sobie, że nic nie rozumiemy. Bolesny moment, totalnej dezorientacji.
Dlaczego zatem tak wielu z nas balansuje na krawędzi wyczerpania i nazywa to „normalnym życiem”?
Znormalizowaliśmy wyczerpanie, bo często już w dzieciństwie nauczono nas, że nasza wartość zależy od tego, ile jesteśmy w stanie zrobić dla innych. Uwierzyliśmy, że zaangażowanie oznacza branie odpowiedzialności za nastrój całego otoczenia. Wytresowaliśmy nasze układy nerwowe do ciągłego regulowania napięć innych ludzi. W efekcie traktujemy permanentne zmęczenie jako naturalny podatek od bycia w relacjach czy w pracy.
Z Twojego holistycznego punktu widzenia – czy ciało alarmuje nas szybciej niż głowa, że żyjemy wbrew sobie?
Zdecydowanie. Nasz umysł to mistrz świata w produkowaniu wymówek. Świetnie racjonalizuje różne doświadczenia: „muszę być wyrozumiały”, „to minie”, „teraz mają w pracy gorący okres”. Ale ciało? Ciało nie negocjuje. Reaguje napięciem, spłyconym oddechem, wyrzutem kortyzolu. Daje prosty komunikat: środowisko, w którym jesteś, albo ciężar, który dźwigasz, przestały być dla ciebie bezpieczne.
Co wymaga więcej odwagi: przeżywanie kryzysu, czy samo przyznanie przed sobą, że w nim jesteśmy?
O wiele trudniejsze jest stanięcie w prawdzie przed samym sobą. Dopóki jesteśmy w oku cyklonu i działamy, wciąż niesie nas adrenalina. Walczymy, próbujemy coś naprawić, łagodzimy sytuację. Ale moment, w którym mówimy: „mam kryzys”, wymaga obnażenia własnej bezradności. Trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć: „Nie dałem rady tego udźwignąć. Muszę się zatrzymać”. To wymaga ogromnej dojrzałości i zgody na własną kruchość.
Czyli można być świetnym, skutecznym specjalistą, a prywatnie – kompletnie zagubionym człowiekiem?
Oczywiście. To największa pułapka zawodów pomocowych. Możesz mieć w małym palcu genialne narzędzia, ogromne pokłady empatii i bezpiecznie przeprowadzać innych przez ich życiowe huragany, a jednocześnie całkowicie zgubić z radaru własne potrzeby. Łatwo nazywamy mechanizmy u klientów czy pacjentów, a nie zauważamy, jak bardzo sami jesteśmy wypłukani z energii. Pamiętajmy: umiejętność wspierania innych nie zwalnia nas z obowiązku zaopiekowania się sobą.
W którym momencie to przeciążenie przestaje być tylko „kolejnym etapem zaciskania zębów”, a staje się faktycznym punktem zwrotnym?
Dla mnie to było, dokładnie w chwili, w której dotarło do mnie, że bycie wyrozumiałym dla świata nie może dłużej oznaczać porzucania samego siebie. To moment decyzji: biorę całą tę uważność, lojalność i energię, którą tak hojnie rozdawałem na zewnątrz, i przekierowuje ją na siebie, zaczynając budować mocne oparcie wewnątrz.
Czego Twój kryzys nauczył Cię o sobie i o innych ludziach?
Największym odkryciem, jakie przyniósł mi kryzys, było zderzenie z potężnym paradoksem relacji. Okazuje się bowiem, że miłość wcale nie musi zawsze spełniać się w słowie „razem”. Czasami jej najwyższą formą jest pełna pokory zgoda na stratę – ten moment, w którym odkrywasz, że możesz kogoś kochać, a jednocześnie całkowicie odpuścić. Możesz tęsknić i mimo to iść naprzód. Nosisz w sobie ogień, mając pełną świadomość, że nie jest ci dane go rozpalić. Prawdziwa dojrzałość serca nie wykuwa się w sielankowym „kocham i jesteśmy”, ale w tym cichym, niezwykle trudnym: „kocham i potrafię unieść twój brak”.
Z tej pokory wobec życia wypływa najtrudniejsza lekcja granic. Zrozumiałem, że nawet ogrom uczucia, jakim darzę drugiego człowieka, nie pozwala mi brać odpowiedzialności za jego dorosłe wybory czy emocje. Kiedy nasze najczystsze intencje z hukiem rozbijają się o czyjś wewnętrzny mur, to nie jest to dowód na słabość naszych starań, tylko na brak gotowości z drugiej strony.
Ta świadomość buduje niezwykle stabilne poczucie własnej wartości. Dzięki niej wiesz już, że można zachować kogoś głęboko w sercu i zostawić mu uchyloną furtkę, ale jednocześnie – z absolutnym szacunkiem do własnego czasu i życiowej energii – odważnie pójść własną drogą, nie zatracając siebie w bólu.
Piękne i tak spójne z definicją miłości, o której rozmawiamy w przestrzeni Hospicjum Pomorze Dzieciom i Centrum Wsparcia po Stracie eMOCja, bo… nawet śmierć nie kończy relacji, tylko ją zmienia. Uczymy się tutaj kochać w innym wymiarze.
Czy transformacja zawsze musi się zaczynać od trzęsienia ziemi i rozpadu?
Zazwyczaj tak. Kryzys ma za zadanie zburzyć schematy, z których już wyrośliśmy, a które przestały nam służyć. Ten bolesny dyskomfort robi świetną robotę – toruje miejsce na szerszą perspektywę i nową jakość. Bardzo często to właśnie na gruzach starych wyobrażeń budujemy wreszcie coś, co jest autentyczne i spójne z naszym wnętrzem.
Niedługo startują „Transformacje”. Dlaczego podkreślasz, że to nie jest kolejna branżowa konferencja rozwojowa, tylko „przestrzeń procesowa”?
Bo sama wiedza z podręczników to za mało, by zmienić życie. Możemy intelektualnie świetnie rozumieć swoje problemy, ale dopóki nie przepuścimy tego przez ciało, przez własne emocje i doświadczenie, nie ruszymy z miejsca. „Transformacje” to żywy organizm. To bezpieczna przestrzeń, w której można fizycznie poczuć swoje blokady i realnie, tu i teraz, rozpocząć powrót do równowagi.
A co realnie można zmienić w sobie w zaledwie dwa dni?
Rzecz najważniejszą – perspektywę. Wystarczy weekend, by przesunąć wektor uwagi z oczekiwań innych ludzi na własne potrzeby. Przez te dwa dni można wyłączyć kołowrotek myśli, dać odetchnąć przebodźcowanemu układowi nerwowemu i po prostu złapać głęboki oddech. To bywa ta pierwsza, kluczowa iskra, która nadaje nowy, zdrowszy kierunek naszej codzienności.
Kogo zapraszasz na to wydarzenie? Ludzi na skraju wypalenia, czy też tych, którzy wciąż świetnie udają, że wszystko mają pod kontrolą?
Jednych i drugich. Zapraszam wszystkich, którzy czują, że dają światu znacznie więcej, niż od niego dostają. Osoby, które spalają się w relacjach i w pracy, a na koniec dnia czują się niewidzialne i po ludzku potwornie zmęczone. Dedykuję ten czas tym, którzy wzięli na barki problemy całego swojego otoczenia i w głębi duszy czują, że najwyższa pora objąć tą troską samych siebie.
Gdybyś miał powiedzieć jedno zdanie osobie, która czyta naszą rozmowę i czuje, że właśnie doszła do ściany… co by to było?
Powiedziałbym: zatrzymaj się. Masz święte prawo odpocząć. Nie musisz nieść ciężarów całego świata. Wybierz siebie – z dokładnie takim samym oddaniem, z jakim do tej pory wybierałeś innych. Twój wewnętrzny spokój to Twój najważniejszy priorytet. Zaufaj sobie. I zaufaj życiu.
Z tej rozmowy wyłania się coś więcej niż opowieść o osobistym kryzysie. To historia o rozpadzie złudzeń i o odwadze, by przestać być silnym za wszelką cenę. Bo może prawdziwa siła nie polega na tym, by wytrzymać wszystko, lecz na tym, by w porę powiedzieć: proszę o poMOC.
Tutaj możesz zgłosić się po wsparcie w żałobie.
WIĘCEJ o konferencji.